Menu

Pale Drawn

L

Zagłębie Sosnowiec - Legia Warszawa (2:3)

shirokarasu

Są tu miłośnicy mocniejszych wrażeń? Mecz z Zagłębiem Sosnowiec był zupełnie szalony, nieprzystający do tego, jak Legia prezentowała się w ostatnich tygodniach. Ja chyba wolałem te nudne i spokojne zwycięstwa do zera, jednak jeśli taki thriller też kończy się sukcesem, to też muszę być zadowolony.

W poprzednich meczach Legia często strzelała pierwszego gola stosunkowo szybko i to znacząco ułatwiało jej zadanie. Było jasne, że kiedyś to się skończy i że może być trochę pod górkę. Nie spodziewałem się, że to będzie już teraz, a raczej że dociągniemy rok w takim stylu jak dotąd. Ostatecznie, po tym wyniku, możemy powiedzieć, że dobrze się stało. Legia znów wydostała się z kłopotów, przy czym na pewno znaczenie miał fakt, że odrabialiśmy straty przeciwko najsłabszemu zespołowi w lidze… ale to też ma swoją wartość. Na siedem przypadków, w których straciliśmy gola na 0:1, były dwa zwycięstwa (oprócz dzisiejszego jeszcze Korona) oraz dwa remisy (Arka i Jagiellonia). A były też mecze jak z Miedzią, Piastem czy… Zagłębiem Sosnowiec (latem), gdzie prowadziliśmy, traciliśmy gola wyrównującego, ale i tak udawało się wygrać. Przy naszym stylu gry można by obawiać się, że stracone gole będą bardzo utrudniać granie w taki sposób. Tymczasem okazało się, że Legia pod wodzą Sa Pinto przegrała dwa mecze, z czego jeden uchodzi za poświęcony w imię przygotowania fizycznego.

Nie będę się wygłupiał i zamiast liczenia minut bez puszczonej bramki, uwzględniać serię bez straconego gola z gry… Choć kiedyś tak robiłem. Co by nie było, dwie bramki Zagłębia po rzutach wolnych liczyły się tak samo jak nasze. Jednak jakby cofnąć się i przejrzeć ostatnie mecze, to oprócz tych dwóch goli, straciliśmy też jednego po strzale z dystansu (Pogoń), a także po stałych fragmentach (też Pogoń, Piast w pucharze i Jagiellonia). Od meczu z Wisłą Kraków (3:3) w 10 oficjalnych spotkaniach straciliśmy 6 goli, z czego 5 po SFG. I głównie to pozwala nam być tak wysoko w tabeli. Nawiasem mówiąc, wszystkie 6 na wyjeździe - można więc też liczyć serię bez straconego gola u siebie... ;)

Były pewne przesłanki ku temu, aby obawiać się tego meczu. Zagłębie Sosnowiec zagrało bardzo dobrą pierwszą połowę z Lechem i jest to niewiarygodne, jak potem dalej się ten mecz potoczył. Legia nie ma zwyczaju dobrze kończyć roku kalendarzowego, w ostatnich przypadkach więcej było porażek niż zwycięstw. W dodatku z kim tracić punkty, jak nie z ostatnią drużyną w tabeli… Przypomniało mi się zresztą jedyne spotkanie Legii w Sosnowcu jakie pamiętam, a więc to z 2008 roku. Nie było wtedy łatwo przeżyć porażkę 1:2 po golu w ostatniej minucie… Choć wtedy to Legia strzeliła jako pierwsza, co dziś się jej nie udało.

Pierwsza połowa była mocno dobijająca. Wprawdzie były przebłyski, po których Kudła musiał się sprężać (m.in. potencjalny samobój, strzał Szymańskiego), ale równie dobrze Zagłębie też mogło strzelić więcej. Najpoważniejszy moment zwątpienia miałem jednak wtedy, jak po wyrównującym golu błyskawicznie straciliśmy drugiego. Przebieg meczu pokazał, że może przeciwko takiej defensywie jesteśmy w stanie coś stworzyć w ataku pozycyjnym, ale z jakiegoś powodu nie jesteśmy w nim skuteczni. Cały czas trzeba odnotowywać ogromny postęp w stałych fragmentach gry, które ratują nam skórę. W ostatnich sezonach gole obrońców prawie się nie zdarzały. Teraz jest ku temu więcej okazji, bo dostają bardzo dobre podania ze stojącej piłki. Efekt jest taki, że trzech obrońców ma już po dwa strzelone gole w lidze (Jędrzejczyk, Remy i Hlousek), a Astiz i Pazdan strzelili po jednym w innych rozgrywkach. W tym wszystkim zadziwiające jest to, że rundę bez trafienia kończy Wieteska, który prawie w każdym meczu dochodzi do sytuacji. Dziś miał kolejną, ale uderzył bardzo źle.

Jak zwykle, przerwę w grze starałem się rozpatrywać po tym, jak wpłynie ona na obie drużyny. Teoretycznie od 46. do 70. minuty nie wyglądaliśmy źle, ale to dopiero po wznowieniu gry strzeliliśmy dwa gole. Koncentracja nie spada i na razie takie przerwy są dobrze wykorzystywane (również mieliśmy taki przypadek w meczu z Górnikiem). Do tego wygląda, że w zespole jest całkiem niezła atmosfera, mimo że z powodu niektórych decyzji personalnych mogłoby być inaczej. Paradoksalnie takie zwycięstwa mogą dawać więcej niż takie po 6:0. Niektórzy się oburzają albo wyśmiewają radość z takich zwycięstw, wielki sukces wygrać z Sosnowcem hehe. Ale już wyjście z takich kłopotów, nie tylko w tym meczu, ale i w całej rundzie, to jednak jest jakiś krok do przodu.

Rundę kończymy składem ze średnią wieku ok. 24,5 roku, w którym znalazło się dwóch 19-latków oraz trzech kolejnych graczy do lat 23. Następni dwaj, po jednym z obu kategorii, weszli na boisko w drugiej połowie. Aktualnie ich weryfikacja w lidze jest taka, że popełniają błędy, wciąż się uczą, ale nie odbywa się to ze szkodą dla zespołu. Wielu rywali ligowych po prostu nie potrafi tych błędów wykorzystać. Akurat dzisiaj Majecki mógł się lepiej spisać przy pierwszym golu, raziły w oczy jego wybicia, ale ma za sobą bezbolesną 1/3 rundy. To zdecydowanie najmłodszy bramkarz w lidze i choć teoretycznie powinniśmy wymagać od niego, aby był gotowy, skoro jest wystawiany… to jednak trzeba mieć trochę wyrozumiałości. Może się poprawiać tylko poprzez grę, a tej będzie potrzebował jeszcze sporo, aby wejść na wyższy poziom.

W defensywie mieliśmy poważne problemy po raz pierwszy od meczu z Pogonią. Zwłaszcza w pierwszej połowie Sanogo był utrapieniem dla naszych obrońców, nawet Hlousek przegrywał z nim starcia fizyczne. Jego zejście z boiska też ułatwiło nam zadanie. Jest to z jednej strony dobra wiadomość, bo to potencjalnie kolejny przyzwoity napastnik do gry lub na sprzedaż w przyszłości. Jednak z drugiej były rażące braki w organizacji gry, odpuszczanie krycia, nieudane łapanie na spalonego. Remy i Cafu podejmowali ogromne ryzyko kiwając się jako ostatni zawodnicy i ostatecznie ich umiejętności sprawiały, że byli górą. Jednak w razie niepowodzenia nie mieli asekuracji i mogło się to skończyć dużo gorzej. Przeciętnie zagrał Wieteska, ale w kluczowym momencie przeciął podanie do Sanogo i jeszcze wybił piłkę spod nóg Wrzesińskiego, w dodatku tak, że nie opuściła boiska. Nasi zawodnicy ewidentnie nie chcieli kopać po autach, tylko odbierać piłkę elegancko. Inaczej zagrał Stolarski, który w defensywie jeszcze dawał radę, ale piłka wiecznie odskakiwała mu od nogi, nie był w stanie nic wyprowadzić ani się podłączyć. Prawa strona to była nasza pięta achillesowa w grze do przodu, bo Kucharczyka nie było przez prawie cały mecz. Na szczęście tym razem podniósł głowę i zaliczył kluczową asystę, więc ostatecznie jego pobyt na boisku się opłacił.

W pierwszej połowie dużo bardziej widoczny był Cafu. Raz przegrywał pojedynki, raz wygrywał, ale przynajmniej w nie wchodził. Martins był dużo bardziej schowany i dopiero jego świetne zagrania w drugiej połowie odmieniły wynik. Mógł też mieć co najmniej jednego gola, ale to m.in. jemu brakowało skuteczności po akcjach atakiem pozycyjnym. Mimo wszystko ta formacja może wyglądać lepiej. Z taką Lechią może jeszcze być gra jak równy z równym, ale jednak z przeciwnikami na poziomie Zagłębia Sosnowiec przewaga w środku pola nie powinna podlegać większej dyskusji, a jednak było trochę inaczej.

Nie mamy wielu zawodników, którzy są w stanie zrobić coś z niczego. Raz na jakiś czas błyśnie Nagy, Szymański albo Carlitos, rzadziej – wszyscy naraz. Najsolidniej, jak w całej rundzie, wyglądał Węgier, brał grę na siebie i – co chyba nawet najważniejsze – wywalczał rzuty wolne, a jak się to kończyło, to wiemy. Szymański po przestawieniu na skrzydło trochę zniknął, ale nawet wcześniej grając na „10” za mało był pod grą. Nie była to jego dobra runda, na wiosnę znaczył w drużynie znacznie więcej. Teraz, gdy są wobec niego większe oczekiwania, nie do końca potrafi temu sprostać. Trener Sa Pinto ma do niego anielską cierpliwość, bo nawet ja już parę razy chciałem, aby w końcu Szymański trafił na ławkę. Nie wiem, jaka będzie jego przyszłość, ale na razie nie jest jeszcze gwiazdą ligi, a skoro już miałby wyjechać, to dobrze by było najpierw, aby tę Ekstraklasę przerastał. Kreatywność to słowo klucz. Jakby jeszcze stwarzał sporo okazji kolegom, a ci ich nie wykorzystywali… Według Ekstrastats po 19 kolejkach miał 5 stworzonych okazji. To mało, choć z drugiej strony tylko Nagy i Kucharczyk mieli więcej – po 6.

Carlitosowi zbierze się za samobója, ale bardziej chyba za całokształt. Co do samego gola, to na 90minut.pl oczywiście jest to trafienie Udovicicia, jako że piłka szła w bramkę. Przewiduję, że jak zwykle będą o to kłótnie, a potem ludzie i tak zapomną i będą doliczać bramkę Serbowi w statystykach. Przyznam, że Carlitos jest piłkarzem, na którego najmocniej liczę, że jeszcze odpali. Wchodząc z ławki zachowuje jeszcze rozum i godność człowieka, ale grając od początku coraz częściej podejmuje dziwne decyzje i podpala się pod bramką. Akurat dziś nienajgorzej przyjmował piłkę pod kryciem i potrafił ją odegrać. Oczekiwania są jednak większe. Ma umiejętności takie, żeby stanowić o sile Legii, jednak zdecydowanie potrzebuje przerwy, żeby się zresetować. To, że w całej rundzie strzelił 11 goli i mimo to jest głównie krytykowany, pokazuje, jak dużo się od niego oczekuje. Pytanie też jak działa na niego konkurencja – czy woli być absolutnym pewniakiem do gry, jak w Wiśle, czy rywale do gry wyzwolą w nim jednak pozytywną mobilizację.

Dla drużyny nie powinno być nic lepszego niż taka rywalizacja, jak jest u nas w ataku. Coraz większym odkryciem staje się Kulenović, na którego chyba już nikt nie liczył, a jednak daje coraz więcej. Trzy ważne gole w lidze oraz wykorzystany rzut karny w serii w meczu z Piastem to już jest jakiś konkret, zwłaszcza jak na liczbę minut jaką rozegrał. Może nie strzelają u nas Polacy, tak jak i w całej lidze. Jednak oprócz najmłodszego bramkarza możemy się też pochwalić najmłodszym strzelcem, wśród tych którzy strzelili więcej niż jednego gola. Po jego pierwszych meczach zupełnie nie byłem do niego przekonany, ale już trochę dał mi do myślenia. Do tego bardzo cieszy powrót Niezgody, który oczywiście i tak rundę ma straconą, ale symboliczne kilkanaście minut jest lepsze niż nic. Jeżeli uda się mu odbudować formę, to w ataku będziemy mieć bardzo komfortową sytuację, i to nie przejmując się osobami Kante czy Sanogo.

Takie mecze trzeba po prostu wygrywać, gdy chce się myśleć o mistrzostwie. My, mimo słabszej postawy, byliśmy w stanie to zrobić. Coraz bardziej wyglądało to tak, że dogrywamy już tę rundę na oparach i tym bardziej korzystna jest liczba punktów, jaką wyciągnęliśmy z ostatnich meczów. Cztery zwycięstwa plus remis z liderem, a także awans w Pucharze Polski – do maksimum zabrakło wygranej z Lechią, ale mogło być też gorzej. Trzeba docenić te wyniki oraz solidność, która była prawie w każdym z tych meczów. Jednocześnie cały czas mamy świadomość tego, jak wiele trzeba poprawić, aby liczyć się w walce o dublet oraz żeby nie skompromitować się latem w eliminacjach do europejskich pucharów.

Niezależnie od wyniku Jagiellonii z Piastem jesteśmy najlepszą polską drużyną 2018 roku. Tak jak w tej rundzie, jednego punktu zabrakło do tego, aby mieć średnią 2 punkty na mecz. Jesteśmy więc blisko granicy przyzwoitości, która w naszych warunkach niemal gwarantuje mistrzostwo. Być może wiosną będziemy w stanie punktować na tym poziomie albo nawet jeszcze lepiej. Jednak zima jest tak dużą niewiadomą, że trzeba będzie poczekać i zobaczyć, jak sytuacja się rozwinie. Tymczasem Wesołych Świąt!

© Pale Drawn
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci