Menu

Pale Drawn

L

Lech Poznań - Legia Warszawa (2:0)

shirokarasu

Na szczęście sobota 23 lutego dobiegła końca i mogłem zabrać się za podsumowanie kolejnego nieudanego meczu. Wprawdzie efekt będzie pewnie taki sam, jakbym zaczął wcześniej, czyli żałosny, ale tradycji musi stać się zadość.

Nie mogło się to gorzej ułożyć i nawet patrząc bardzo pesymistycznie, nie przewidywałbym aż takiego scenariusza. Do tej pory Legia przegrywała raz na trzy miesiące, według tego wzoru następna porażka wypadałaby dopiero w maju. Przegrała jednak drugi mecz z rzędu, a wynik to tylko wierzchołek góry lodowej. Z tygodnia na tydzień jest coraz większy zjazd.

Legia jesienią była w miarę solidna, punktowała nawet przy słabszej grze, choć miała i bardzo dobre momenty, jak ze Śląskiem, Wisłą Kraków i Górnikiem. Ostatnie mecze zeszłego roku to też w miarę przyzwoite i zadowalające mecze. Inauguracja wiosny, po przepracowanej zimie, wyglądała podobnie. Przyszło jednak poważne załamanie, które nie poddaje pod wątpliwość tego, co zrobiono przez te kilka miesięcy, ale na ten moment jest ewidentny problem. Tydzień temu Legia była słabsza od Cracovii pod względem piłkarskim, próbowała jeszcze w końcówce powalczyć i przynajmniej był jakiś zryw, który wyniku nie odmienił, ale przynajmniej dawał przez chwilę jakąś nadzieję. W meczu z Lechem nie było żadnego takiego punktu zaczepienia, a porażka była zupełnie bezbarwna i w miarę upływu czasu nie było lepiej, a tylko gorzej.

Nie powinienem tego pisać, bo wiem, jakie mogą być reakcje, ale mimo wszystko sądzę, że trzeba: mecz jako taki był słaby, a Lech pod względem piłkarskim nie był od Legii lepszy. Był oczywiście o tyle lepszy, że strzelił z niczego dwa gole, był też lepiej zorganizowany i po prostu bardziej chciał wygrać. Jednak z piłką przy nodze potrafił zrobić niewiele więcej od Legii. Nie piszę tego, aby im umniejszać, tylko zwrócić uwagę, że Legia z takim zespołem przegrała i to gładko. To najlepiej świadczy o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Lech dopiero co został poważnie obity przez Piasta i nagle w ciągu tygodnia nie nauczył się grać w piłkę. Dopisało mu jednak trochę szczęścia, a potem wykonał odpowiednio dużo pracy, aby mecz potoczył się po jego myśli. Legia też potrafiła w ten sposób wygrywać, jednak nie bardzo dało się to oglądać. Tak było też w tym meczu, tylko w drugą stronę.

Sa Pinto poukładał grę defensywną całego zespołu na przestrzeni tych kilku miesięcy i to jest bezdyskusyjne. Paradoksalnie pod tym względem Legia dzisiaj jakoś tragicznie nie wypadła, a nawet jeśli jest więcej błędów, to sądzę, że da się to w miarę szybko wyeliminować. Natomiast w grze do przodu był totalny dramat. U nas w lidze często nie trzeba zbyt wiele robić. Wystarczy poczekać na błąd przeciwnika i go wykorzystać. Natomiast kto ma piłkę, ten często ma problem. I tak było tutaj, zamiast przerzucić to na Lecha, okazało się, że przez cały mecz to musimy grać atakiem pozycyjnym, bo zmuszał nas do tego wynik. Wypadło to koszmarnie. Nie było żadnego pomysłu na rozegranie, wszystko odbywało się za wolno, a większość prób grania do przodu kończyła się stratami. Gdy pod tym względem wypadaliśmy gorzej, to często ratowały nas stałe fragmenty, ale dziś i one były wykonywane bardzo źle. Nie funkcjonowało zupełnie nic.

Kilka wybranych meczów Legii prowadzi do prostego wniosku – aby ją zatrzymać, trzeba ją pokonać jej własną bronią. Wystarczy zagrać konsekwentnie z tyłu i agresywnie w odbiorze, a wtedy Legii nie ma. Należy cały czas pracować nad tym, jak zawodnicy zachowują się pod presją rywala, bo wygląda to bardzo źle. Nie wiem, jak to jest na treningach, ale jeżeli ćwiczą taką grę, no to teoretycznie powinni też umieć się przeciwstawić takiemu stylowi – w końcu wywierają presję na sobie nawzajem. Tego jednak nie ma, a dodatkowo można mieć poważne wątpliwości, czy pracują nad jakimikolwiek schematami w ofensywie. Bywały słabe mecze pod tym względem, ale nie stworzyć właściwie żadnej groźnej okazji? To była kompletna bezradność.

Legia nie została zimą osłabiona odejściami czołowych zawodników, ale nie została też wzmocniona. Przyszły dwa uzupełnienia z Portugalii, z których jeden na razie nie gra, a drugi wciąż nie dał najmniejszego argumentu do tego, aby go wystawiać. Jedynym, który daje jakąś nadzieję, jest Medeiros, ale coś czuję, że nawet jak się rozkręci, to i tak będzie nie do utrzymania na dłużej. Może i nie mamy mocnego składu, ale mimo wszystko tym co mamy, i tak powinniśmy wyglądać lepiej. Gramy tak naprawdę tym samym składem co jesienią, a mimo to nie jest już tak samo, a gorzej. Jeden zawodnik w postaci Agry nie sprawia, że cała gra nam się sypie, tylko wszyscy grają zauważalnie słabiej. Oczywiście Agra nic nie daje i jest do odstawienia już od co najmniej tygodnia, ale nie ma nikogo, kto przekonywałby swoją grą. Po meczu z Cracovią wielu domagało się Kucharzyka i Carlitosa z powrotem – ja oczywiście też, ale jak widać, to nic nie dało. Nawet gdyby wstawić za Agrę Nagya, całej drużyny to nie odmieni, co pokazało dzisiejsze ostatnie 30 minut. Nie możemy zresztą liczyć na przebłysk jednego zawodnika. Idealnie pewnie byłoby, gdyby dać do przodu Nagya, Medeirosa, Vesovica i Carlitosa – oni być może mogliby coś wspólnie pograć. Takiego ustawienia pewnie jednak nie zobaczymy, bo Szymański i Agra wydają się być niezagrożeni, niezależnie od tego, jak słabo by nie zagrali.

Dziś właściwie jedynym, do którego nie można mieć większych pretensji, był bramkarz. Majecki nie miał żadnych szans przy obu bramkach, choć może przy karnym mógł trochę dłużej wytrzymać i wyczekać. Obronił jeden niezły strzał Jóźwiaka, a tak wyłapywał dość proste piłki i w miarę nieźle wznawiał grę. Środek obrony wyglądał w miarę nieźle, gdyby wziąć pod uwagę samo przeszkadzanie. Jednak z rozgrywaniem piłki było dużo gorzej i ze strony Jędrzejczyka ani Wieteski nie było żadnego zagrania, które stworzyłoby nam przewagę. Bardzo źle było z bokami obrony, gdzie trudno mówić o jakiejkolwiek współpracy, Vesović i Hlousek nic nie dawali z przodu, a co gorsza zaliczyli wiele prostych strat, i to często już na własnej połowie. Nie rozumiem odejścia od klasycznych par Hlousek – Nagy i Vesović – Kucharczyk, to się wcześniej sprawdzało, a teraz w każdym wiosennym meczu mamy kombinacje, które moim zdaniem niczego nie służą. Kucharczyk jest rzucany po różnych pozycjach, obaj z Hamą wylatują z kadry meczowej, żeby po tygodniu do niej wrócić (Kuchy za każdym razem z i do pierwszego składu). Przecież to nie ma sensu.

Największy problem jest chyba obecnie w środku pola. Tym razem Cafu jeszcze w miarę starał się nawiązywać walkę, sporo stykowych piłek wygrywał Lech, jemu udało się parę razy, ale nic to dalej nie dało. Duże rozczarowanie to Andre Martins, który już z Cracovią miał problemy w każdym elemencie, zaczynając od odpuszczenia Hernandeza, na rozegraniu kończąc. Na nim najlepiej widać, że agresywna gra przeciwnika to nie dla niego. Gdy tylko jest ostrzejsza jazda w środku pola, to ten zawodnik znika. Jest to o tyle dziwne, że ma niezłe umiejętności, a czas powinien pracować na jego korzyść, jeśli chodzi o przyzwyczajenie się do siłowej gry w Polsce. Oby nie stał się z niego drugi Helio Pinto czy Cabral.

Na pewno problem jest też z Szymańskim, który gra nieco w oderwaniu od tej dwójki, dużo biega po całym boisku, ale nic z tego nie wynika. Gdy w końcówce został cofnięty na pozycję Martinsa, to trochę lepiej to wyglądało, ale jako „10” miał tylko kilka przebłysków, gdzie rzeczywiście potrafił się zabrać z piłką, ale tak to albo ta do niego nie docierała, albo on nie miał pomysłu, co z nią zrobić. Na wielki minus wykonywanie stałych fragmentów, z Wisłą i Cracovią wyglądało to przyzwoicie, teraz nie potrafił dorzucić, choć miał z kilkanaście prób. Niestety Martins, gdy się za to wziął, też nie był lepszy, i od razu jeden atut wypadł nam w ten sposób z ręki.

O Kucharczyku i Agrze mniej więcej przewijało się wyżej, powtórzę tylko krótko – Kuchy współpracując z Vesoviciem jest w stanie coś zrobić, ale chyba tylko wówczas, kiedy gra przed nim. Rzucanie go na prawą obronę czy lewe skrzydło nie ma sensu. Do Agry się nie przekonam, dopóki ten zawodnik nie pokaże czegokolwiek – dryblingu, podania, strzału… Bo na razie niczego nie robi dobrze, a do tego ma sporo strat, które potrafią być bardzo niebezpieczne dla nas. Tu zawiodłem się na Sa Pinto, bo liczyłem na sprawiedliwy dobór piłkarzy do wyjściowego składu, a tu ewidentnie nie ma to miejsca.

Carlitos był zupełnie odcięty od gry, ale przy tym, co zagrała cała drużyna, to każdy napastnik miałby problem. Kto by dzisiaj nie wystąpił na jego miejscu, miałby te same kłopoty. Nawet jakby zagrał ktoś lepiej czujący się w powietrzu, to i tak nie miałby do kogo zgrywać piłek. Już nie mówię o dostawaniu jakichkolwiek podań. Carlitos czasami był w stanie utrzymać się przy piłce, ale – jak niemal każdy w drużynie – był osamotniony. Nikt nie dawał wsparcia do rozegrania i zwłaszcza na 30. metrze od bramki Lecha był z tym problem. W ten sposób wiele się nie zdziała.

Trzeba bardzo wiele poprawić, jeżeli nie chcemy przegrać sezonu już w marcu. Sytuacja robi się podbramkowa i żarty się skończyły. Tylko seria zwycięstw może dać nadzieję na cokolwiek, tyle że Legia w tym sezonie za bardzo takich serii nie miała. Wprawdzie rzadko przegrywała, ale wygrane mecze często przeplatała remisami. A zdobywanie po cztery punkty w dwóch meczach to będzie za mało. Na razie najdłuższa seria zwycięstw, biorąc pod uwagę same mecze ligowe, wynosi trzy, a miało to miejsce w kolejkach 19-21. Czyli tak naprawdę były to dwie wygrane na koniec jesieni oraz jedna po zimowej przerwie. Ponadto będzie jeszcze mecz z Rakowem w pucharze, którego też nie można zlekceważyć. Zapowiada się ciężki marzec.

© Pale Drawn
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci