Menu

Pale Drawn

L

Wisła Płock - Legia Warszawa (0:1)

shirokarasu

Kiedy to zleciało. Przerażające jak ten czas leci, no ale mamy kolejną rundę i kolejne mecze. W ostatnich latach Legia regularnie wygrywała pierwsze wiosenne spotkania, a gdy tak się działo, na koniec sezonu zostawała mistrzem Polski. Nie mam nic przeciwko powtórce takiej sytuacji.


Przed meczem z Wisłą Płock, jak i przed całą rundą, kluczowe było określenie oczekiwań w stosunku do stylu gry. Jeśli chodzi o wyniki, to raczej jest jasne, czego chcemy. Natomiast przez kilka miesięcy pracy Sa Pinto jesienią oraz przez zimowe przygotowania mogliśmy mniej więcej nauczyć się tego, jaki styl on preferuje i jakich potrzebuje do tego zawodników. Mecz z Wisłą tylko potwierdził to, w jakim kierunku idziemy: żelaznej dyscypliny i koncentracji w defensywie, pracy całego zespołu pod tym względem. W ofensywie naszą główną bronią pozostają stałe fragmenty, choć mamy też dużo szybkiej i bezpośredniej gry do przodu. Mimo wszystko do oglądania nie jest to najprzyjemniejsze, ale za to w pełni akceptowalne, gdy będą za tym szły wyniki.

Wyjściowy skład w porównaniu do jesieni nie zmienił się wcale, z wyjątkiem zmiany na prawej stronie, gdzie teraz to Vesović gra w pomocy, a Kucharczyk w obronie. Tyle się mówiło o portugalskiej kolonii, o tym że Cierzniak wygrał rywalizację w bramce, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Bardziej dopracowane zostało to, co już było widoczne jesienią i w pewnych elementach można widzieć postęp. Optymistyczne jest to, że generalnie z góry wiadomo, jak Legia zagra, a i tak jest to dość skuteczne w meczach ligowych.

Co było bardzo budujące w meczu z Wisłą Płock, to liczba okazji stworzonych przez Legię. Można patrzeć na to tak, że mamy problemy ze skutecznością, które ciągną się za nami od zeszłej rundy. Jednak dopóki udaje się wcisnąć cokolwiek, ten problem nie jest aż tak rażący. To nie jest tak, że podobnie jak cała liga mamy problemy z konstruowaniem akcji i stałe fragmenty to w ogóle nasze jedyne sytuacje. Tak zdarzało się w meczach z lepszymi zespołami, jednak przeciwko drużynom pokroju Wisły Płock widać naszą wyraźną przewagę piłkarską. Aby wyglądało to perfekcyjnie, należałoby dorzucić jeszcze jedną-dwie sztuki i uniknąć oddawania inicjatywy w końcówce. Jednak perfekcji nie osiągnęliśmy i na razie trzeba się cieszyć tym, co jest.

Podobało mi się, jak od początku zawodnicy Legii ruszyli na rywali i nie dawali im w spokoju rozgrywać piłki. Chwalony za grę nogami Dähne miał kilka pomyłek i niecelnych wybić, ponieważ był agresywnie atakowany. Już na samym początku byliśmy blisko prowadzenia i szkoda, że ten dobry fragment nie został wykorzystany. Na takiej intensywności nie da się grać 90 minut, więc trochę trzeba było odpuścić. Mimo wszystko przygotowanie fizyczne i wybieganie trzeba ocenić jako bardzo dobre. Już w pierwszym meczu o punkty Legia wyglądała pod tym względem nie gorzej, niż w poprzedniej rundzie. Ważne, że zimą każdy zniósł obciążenia i nie było poważnych kontuzji. W dodatku zawodnicy zostali już przyzwyczajeni do ciężkiej pracy nie tylko na obozach i w meczach, ale także w tygodniu.

Druga połowa to już była bardzo konkretna przewaga i jest to pewien paradoks, że kapitalnych sytuacji nie wykorzystali Kulenović i Vesović, a znowu trzeba było liczyć na stały fragment. Nie zamierzam na to narzekać, wiele było takich sezonów, kiedy takich bramek brakowało, a teraz są odpowiedni do wykonawcy i strzelcy, co od dawna powtarzam. Rzadko się u nas zdarzało, żeby obrońcy aż tyle strzelali – 7 goli z 35 to może nie tak dużo (jedna piąta), ale jesteśmy na dobrej drodze, aby do końca sezonu wyciągnęli wynik dwucyfrowy. Dzięki tym bramkom wygraliśmy z Piastem, Zagłębiem Sosnowiec (dwa razy), Zagłębiem Lubin i teraz z Wisłą Płock. To już bardzo duża korzyść.

Dopiero końcówka była taka, jakiej nie lubię, czyli trochę za bardzo rozpaczliwe bronienie wyniku. Nie było momentu dłuższego utrzymania piłki na połowie przeciwnika, tak aby nie mógł nam nic zrobić. Było bardzo dużo stałych fragmentów dla Wisły Płock i normalnie byłoby to proszenie się o kłopoty, ale dziwnym trafem Furman nie wykonywał ich dobrze. Zwraca jednak uwagę, że z gry Płock nie stworzył zupełnie nic, nawet strzał Merebaszwiliego z dystansu był po wrzucie z autu. Z Zagłębiem Sosnowiec straciliśmy dwa gole po rzutach wolnych, wcześniej z Piastem, Lechią, Koroną i Zagłębiem Lubin czyste konta. Co to oznacza? Na sześć meczów rundy rewanżowej (od 16. kolejki włącznie) pięć razy nie straciliśmy gola, ponadto nie straciliśmy żadnego z gry.

Indywidualnie bardzo podobała mi się gra Vesovicia. Zawsze się cieszę, gdy dostarcza argumentów, że powinien grać w pomocy. Problem był jeden – brak konkretów. Zamiast mieć asystę, źle podał do Kulenovicia. Zamiast mieć trzy gole, trafił raz w słupek, a dwa razy obronił bramkarz. W liczbach powinno to wyglądać inaczej, ale jeżeli dalej będzie tak przebojowy, powinno to wyglądać lepiej. W przeszłości rzadko potwierdzał dobrą formę w kilku meczach, ale teraz ma poważniejszą konkurencję na obu pozycjach, więc może to na niego wpłynie. Ważne było też to, że Wisła Płock miała ewidentny problem po swojej lewej stronie. Potrafiła zamknąć prawą, przez co Nagy i Hlousek za bardzo tam sobie nie pograli. Po drugiej stronie zostawiała jednak nam sporo miejsca i zawodnicy Legii starali się do maksimum wykorzystać.

Mogło się wydawać, że w środku pola walka była raczej wyrównana, ale moim zdaniem głównie dzięki grze Andre Martinsa mieliśmy tam jednak przewagę piłkarską. U przeciwnika było więcej ludzi od czarnej roboty, ale kreować gry w tej formacji nie było komu. U nas Martins popisał się kilkoma bardzo ciekawymi zagraniami, a do tego często był na tyle nieuchwytny dla rywali, że ci musieli powstrzymywać go kolejnymi faulami. Podobała mi się na początku gra Sebastiana Szymańskiego, który nie bał się brać gry na siebie i grać do przodu. Bardzo dobrze wykonywał też stałe fragmenty gry, z których mógł mieć więcej niż tylko jedną asystę. Jego akurat w końcówce już nie było na boisku, ale wydaje mi się, że już wcześniej mógł nieco uspokoić grę. Czasami gramy w sposób zbyt szarpany, aby mieć całkowitą kontrolę nad meczem. Takie fragmenty powinniśmy eliminować.

Czwarty z wyróżniających się zawodników, za to zdecydowanie najlepszy, to Artur Jędrzejczyk. Strzelił decydującego gola, ale warto zwrócić uwagę, ile miał kluczowych interwencji po zagraniach w nasze pole karne. Ponadto potrafił bardzo często wyjść za przeciwnikiem aż do strefy środkowej i skasować akcję Wisły, zanim na dobre się rozpoczęła. Występ w zasadzie kompletny i bezbłędny. Tak naprawdę większość jego kolegów z obrony nie zbliżyła się do tego poziomu i musiał naprawiać ich błędy. Mnie Kucharczyk w obronie nie przekonuje, zwłaszcza po tym, co widziałem latem, gdy grał na pozycji wahadłowego. Jednak dziś było widać, że jego wymienność pozycji z Vesoviciem może być na tyle płynna, że to nominalne ustawienie nie jest aż tak istotne, zwłaszcza w defensywie. Natomiast sporo zastrzeżeń miałem do gry Remy’ego, któremu jeszcze można było wybaczyć słabe wyprowadzanie piłki, ale miał kilka nonszalanckich momentów, których u niego nie lubię. Jak się skoncentruje, to jest czołowym obrońcą jak na tę ligę, ale dziś nie zagrał bezbłędnie.

Byłem ciekaw nowych zawodników, ale wiele się o nich nie dowiedziałem. Agra wywarł na mnie dziwne wrażenie, nietypową sylwetką i stylem biegu, był mało widoczny, i niestety do tego trochę zepsuł kilka szybkich ataków. Medeiros nie miał właściwie możliwości żeby zaistnieć i tu ciężko będzie coś powiedzieć. Rocha wygląda na to, że rywalizację z Hlouskiem wyraźnie przegrał i na jego debiut trzeba będzie poczekać. Tak więc nic dziwnego, że w składzie była w zasadzie tylko kosmetyka w porównaniu z jesienią.

Generalnie więc jest ok, a największego problemu można upatrywać w obsadzie ataku. Kulenović jest w porządku, ale dopiero dzisiaj zagrał swój pierwszy pełny mecz w Ekstraklasie. Nie był dziś skuteczny i nie mam wątpliwości, że jeszcze będzie potrzebny, ale nie możemy ataku opierać tylko na nim. Niezgoda pewnie będzie miał ciężko o grę i szkoda tej sytuacji, bo to zawodnik, który odpowiednio wykorzystany mógłby nam bardzo dużo dać. Nie ma wątpliwości, że przede wszystkim trzeba rozwiązać sytuację z Carlitosem. Jestem zdania, że zawodnika tej klasy nie można tak po prostu odpuścić, czyli należy albo sprzedać go za bardzo duże pieniądze, albo postawić na niego, żeby miał ważną rolę do odegrania w zespole. Ponieważ jednak zimą nie osłabiliśmy się, a przede wszystkim nie sprzedaliśmy nikogo za wysoką kwotę (przez co budżet nie został podreperowany), nawet taka oferta z MLS może być rozpatrywana. Nie podoba mi się sposób, w jaki cała sprawa jest załatwiana, bo odnosi się wrażenie, jakby sugerowano Carlitosowi, że nie jest tu potrzebny. Rozumiem, że Sa Pinto może mieć swoje wyobrażenie odnośnie tego, na jakiego typu napastników chce stawiać. Ale rezygnowanie z Niezgody i Carlitosa to moim zdaniem błąd. Z Kante zresztą też, ale że tam ważne były też względy pozasportowe, to rozumiem też, że zawodnik poniekąd sam się wystawił i nie dał argumentów w swoją obronę.

W ogóle robi na mnie wrażenie to, jak ważną osobą w Legii stał się Sa Pinto. O nim mówi się nawet więcej niż się powinno. Wojna z mediami na dłuższą metę nie jest dobra z prostego powodu – kiedyś wyniki muszą się pogorszyć, jest to nieuniknione. Wtedy wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Teraz, przez cały weekend aż do meczu, konflikt trenera z dziennikarką Przeglądu Sportowego był głównym tematem i nikt nie zajmował się sprawami sportowymi. Jeżeli to był element większego planu i ściągnięcia presji z zespołu, to szanuję. Jednak coraz lepiej potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której Portugalczyka wszyscy mają dość i nie chodzi mi tylko o dziennikarzy. Dopóki ma po swojej stronie prezesa, zawodników i kibiców, to jest to najważniejsze. Jednak nie ma co ukrywać – we współpracy on musi być bardzo trudny i dlatego wyniki będą tak ważne. Tylko one będą w stanie te trudności zrekompensować. Pinto balansuje na cienkiej linie, a możemy być niemal pewni, że gdy będzie odchodził z Legii, to będzie się to działo w spektakularnych okolicznościach.

Należy pamiętać, że mimo wszystko pewna presja przed meczem była. Lechia i Jagiellonia wygrały swoje mecze, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na stratę punktów. Wykonaliśmy zadanie i to jest najważniejsze. Po spotkaniu z Wisłą Płock tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się wiele więcej. W zasadzie ciężko powiedzieć, który mecz będzie prawdziwą weryfikacją naszego zespołu. Czy będzie to dopiero Jagiellonia w 28. kolejce? Mimo wszystko Cracovię za ostatnie wyniki też trzeba poważać, a to z nimi gramy za tydzień. Może być interesująco.

© Pale Drawn
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci